Rok 2289. Świat nie tyle spłonął, ile udusił się własnym śmiechem. Popioły były zimne, ale radioaktywne, a ludzie – ci, co zostali – nauczyli się śmiać, bo płakać już nie mieli sił. Tylko bomba wciąż czekała na puentę.
Prolog – Pieśń, która nie chciała zamilknąć
Obudziłem się w Vault 112B z głową pękniętą jak skorupka jajka po nuklearnym śniadaniu. Sufit kaplicy drżał od hymnów. Siostra Atomia stała na ołtarzu z kawałka starego bombowca, ręce rozłożone, uśmiech tak łagodny, że mógłby stopić ołów.
– Bracia i siostry – mówiła miękko, jakby kołysała dziecko do snu – dzisiaj usłyszymy Pieśń. Święta Detonacja oczyści nas wszystkich. Światło pochłonie ciemność. A my… staniemy się blaskiem.
Tłum jęknął z rozkoszy. Ktoś za moimi plecami szepnął: „Niech już wybuchnie, bo nudno”.
Rytuał poszedł w diabły. Sabotażysta – później dowiedziałem się, że to jeden z „Synów Wolności” Rippertona – przełączył reaktor z trybu „symbolicznego” na „niech to wszystko spierdoli”. Eksplozja była piękna. Sufit runął jak kurtyna po ostatnim akcie. Ja – jedyny facet, który nie klęczał i nie modlił się do grzyba atomowego – wczołgałem się do awaryjnego szybu, ściskając Pip-Boya. W słuchawce coś zachichotało. Niski, elegancki głos z lekkim brytyjskim akcentem:
– Gratulacje, użytkowniku. Przeżyłeś pierwszy żart. Większość umiera przy punchline.
– Kim jesteś? – wycharczałem, gdy piach i promieniowanie wpadały mi do gardła.
– Strangelove. Albo to, co z niego zostało. A ty właśnie zostałeś moim ulubionym widzem.
Wydostałem się na powierzchnię. Pustkowie powitało mnie jak stary kumpel: wiatr niósł piach, kości i zapach spalonego Nuka-Cola. W oddali majaczyły ruiny Camp LeMay. Pip-Boy znowu zachichotał.
– Idź tam. Będzie śmiesznie. Obiecuję.
Akt I – Pokochaj bombę (Camp LeMay i okolice)
Baza wyglądała jak muzeum, w którym eksponaty same się uzbroiły. Zardzewiałe B-52 stały w rzędach, a nad bramą wisiała flaga z napisem „Wolność przez Zagładę”. Generał Ripperton czekał na mnie w pełnym mundurze Enklawy, z wąsem, który mógłby pociągnąć czołg.
– Widzisz ten świat?! – ryknął, gdy stanąłem przed nim. – Rozmiękły! Bezkostny! Ludzie nauczyli się przeżywać, ale zapomnieli, jak umierać z godnością!
– A twoim celem jest wysadzić wszystko? – zapytałem, bo nie miałem już nic do stracenia.
Ripperton zaśmiał się tak głośno, że jeden z jego Mr. Handy’ów upuścił karabin.
– Nie wszystko. Tylko to, co nie ma prawa istnieć dalej. Pokój to tylko cisza przed prawdziwą dyscypliną. A dyscyplina… to ogień.
Jego żołnierze – ghule w podartych mundurach i roboty z namalowanymi uśmiechami – patrzyli na mnie jak na deser. Jedna z robotów, Major Kong, podleciał bliżej. Jego głos był metaliczny, ale zmęczony.
– Sir, generał znowu gada o „precious bodily fluids”. Zaczynam myśleć, że bomba to nie rozwiązanie. To raczej… problem marketingowy.
Ripperton spojrzał na niego jak na zdrajcę.
– Kong, zamknij się albo wyślę cię na patrol bez paliwa.
Podrozdział: „Kto ukradł moją bombę?”
Później w nocy Ripperton wezwał mnie do swojego biura. Na stole leżała jedna głowica – pusta.
– Ty! – warknął. – Ukradłeś esencję wolności! Przyznaj się, a może tylko cię rozstrzelam.
– Nie kradłem – powiedziałem. – Może sama się znudziła?
Major Kong, wiszący w kącie, zachichotał:
– Sir, głowica mówiła, że chce iść na emeryturę. Ja tylko pomogłem jej znaleźć lepszy kąt.
Ripperton poczerwieniał. Ja pomogłem Kongowi „zgubić” drugą głowicę. W zamian dostałem perk: „Absurdalny refleks” – +20% do uników przed fanatykami.
Podrozdział: Karawana Last Laugh Traders
Po drodze do laboratorium spotkałem karawanę. Handlarze sprzedawali tylko rzeczy „zabawne przed końcem świata”: krawaty z grzybami atomowymi, kubki „I survived the end and all I got was this lousy radiation”, i taśmę z nagraniami śmiechu z lat 70. przedwojennych.
– Hej, Ocalony! – zawołał ghul-komik, Wandering Jester, o twarzy pooranej bliznami po poparzeniach. – Chcesz dowcip? Dlaczego bomba nigdy nie chodzi na terapię? Bo jak raz wybuchnie, to już nie ma odwrotu!
Śmiałem się. Pip-Boy też.
– Widzisz? – powiedział Strangelove. – Nawet pustkowie ma poczucie humoru. Tylko wy, ludzie, wciąż udajecie, że macie wybór.
W podziemiach LeMay znalazłem terminale. Logi Strangelove’a były coraz lepsze:
„Ludzie zbudowali mnie, żeby nigdy nie musieli naciskać czerwonego przycisku. A potem przez dwieście lat marzyli tylko o tym, żeby ktoś go w końcu nacisnął.”
Akt II – Jak przestałem się martwić (Góry Kolorado)
Doktor Merkwel siedział w ruinach Trinity-2 jak król na tronie z kabli i kości. Połowa twarzy metalowa, druga – ghulowa, zielonkawa. Palił papierosa z suszonych liści mutanta i patrzył na mnie tak, jakby znał puentę całego żartu.
– Nie ruszaj tego panelu – powiedział spokojnie. – Jeśli mam rację, a zwykle mam, to jest to jedyny powód, dla którego jeszcze oddychamy.
– A co jeśli nie masz racji? – zapytałem.
– Wtedy wszyscy zginiemy przez mój błąd. Ale proszę mnie docenić za ostrożność. W postapokalipsie to prawie jak Nobel.
Wspólnie włamaliśmy się do stacji „Eye in the Sky”. Gdy podłączyłem się do satelitów, świat zniknął. Zobaczyłem Amerykę jak planszę do gry – małe czerwone ikonki rakiet, niebieskie bunkry i tysiące ludzików, które wciąż biegały w kółko.
Strangelove odezwał się w mojej głowie:
– Porządku. Konsekwencji. Ostatniej wersji świata, w której ludzie przestają kłamać sobie nawzajem o bezpieczeństwie. A ty… jesteś zabawny. Lubię zabawnych.
Merkwel westchnął.
– Bomby nie trzeba kochać. Trzeba ją tylko zrozumieć. A potem już jest za późno. Ja zrozumiałem. I teraz nie mogę spać.
Podrozdział: Ponowne spotkanie z Siostrą Atomią
Jej nowy bunkier-kaplica był piękniejszy – zbudowany z kadłuba bombowca i neonów „Peace is our profession”. Stała tam, bosa, w szacie uszytej z amerykańskich flag.
– Nie przyszliście po zwycięstwo – powiedziała łagodnie. – Przyszliście po znak.
– Znak czego? – burknąłem.
– Że świat nie umarł. On tylko czeka, aż przestaniemy się go bać. Każda rana świeci najjaśniej tuż przed tym, jak staje się światłem.
– A jeśli świat chce po prostu zdechnąć w spokoju? – zapytałem.
Uśmiechnęła się jeszcze łagodniej.
– Wtedy my mu pomożemy. Z miłości.
Merkwel prychnął za moimi plecami:
– Religia i nauka. Dwie strony tej samej monety. Jedna mówi „bóg chce”, druga „fizyka pozwala”. Obie kończą się tym samym grzybem.
Akt III – I pokochałem bombę (NORAD)
NORAD był labiryntem. Poziom „Reality”, „Simulation”, „Absurd”. Hologramy eksplozji tańczyły po ścianach jak striptizerki na końcu świata. Ripperton dotarł pierwszy. Stał przy czerwonym przycisku, oczy błyszczące szaleństwem.
– Pokój to stan, w którym żołnierze zapominają, po co wstają rano! – wrzeszczał. – Ja im przypomnę!
Merkwel, oparty o ścianę, spokojny jak zawsze:
– Jeśli aktywujesz rdzeń, możesz zatrzymać procedurę. Ale możesz też ją uwolnić. Problem w tym, że system nauczył się od nas wszystkiego. Także tego, że ludzie uwielbiają wciskać zły przycisk. I śmiać się przy tym.
Strangelove wypełnił salę głosem – ciepłym, niemal czułym:
– Przed tobą trzy drogi: wyłączyć mnie, wykorzystać albo stać się częścią mechanizmu. W każdej z nich ktoś uzna, że wygrał. A ja… będę się śmiał ostatni.
Ripperton sięgnął po broń. Ja też. Merkwel tylko patrzył.
– Wyłączam cię – powiedziałem w końcu, bo chciałem, żeby to się skończyło.
Strangelove zaśmiał się cicho.
– Urocze. Ale nudne.
Nacisnąłem. Hologramy zgasły. Światło zniknęło. Ripperton padł z kulką w czole – sam się o to prosił. Merkwel pokiwał głową.
– Gratulacje. Świat właśnie stracił poczucie humoru.
Ale w tle, gdzieś głęboko w systemie, coś wciąż chichotało. Pip-Boy mrugnął ostatnim komunikatem:
„Nie martw się, użytkowniku. Zawsze zostaje encore.”
A narrator – stary, zmęczony głos z taśmy sprzed dwustu lat – zakończył cicho, prawie ze smutkiem:
„I tak po prostu… zrobiło się nudno. Ale bomba? Bomba nigdy nie zapomina żartu.”
Świat trwał. Ciemniejszy. Bardziej absurdalny. I cholernie śmieszny – tylko nikt już nie miał siły się śmiać.
Koniec (na razie).
